nr. 93
VICTORIA, BC,
Grudzień 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E.Nawrotowski-
Pokój ludziom

dobrej woli

T.Celano -
Szopka

sw. Franciszka

E.Caputa-
Szopka

krakowska

W.Widział-
Wigilia


O tym jak
kruk

legenda eskimoska

A.Odyniec.
Wigilie Mickiewicza


J.Nyka-
Giewont


L.Wilczyński-
Gęsiego
na Dhaulagiri

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 46

Rozmaitości

Indeks autorów

Ludwik Wilczyński

Gęsiego na przednich zębach

6 maja przed godziną drugą opuszczamy namioty na przełęczy pod wschodnią ścianą Dhaulagiri. Po ostatnich redukcjach plecaki ważą po dwanaście kilogramów. Pod ścianę jest blisko, jak przez staw w wiadomej dolinie. Noc cudowna, śnieg twardy, skrzypiący, plecak i podejście tatrzańskie. Nie sadzę jednak, by któryś z nas dał się na to nabrać. Pamiętamy, dokąd idziemy. Do świtu pokonujemy strome śniegi dolnej części ściany i w ten sposób, niepostrzeżenie i jakby niezobowiązująco, zaczyna się nasza przygoda.
Słońce wschodzi, a my wiążemy się linami pod stromym mikstowym uskokiem. Wojtek pokonuje trudny odcinek zalodzonej skały. Potem idzie w lewo na pola wodnego lodu ciągnące się aż do końca ściany. Lód nie jest trudny, a śruby lodowe dochodzą do skały, nie dając się wkręcić do końca. My też nie dajemy się wkręcić w standardową protekcję. Bez słów pakujemy liny do plecaków, czując, że stosowanie asekuracji wykończyłoby nas nieuchronnie, przedłużając czas przejścia ponad to, co jesteśmy w stanie wytrzymać.
Zaczynamy pochód - milczący, bo pozbawiony dziarskich okrzyków towarzyszących asekuracji. Na widok tego marszu, gęsiego na przednich zębach raków, ogarnia mnie najpierw rozbawienie, a potem strach. Później w pełnym słońcu przychodzi znużenie i posuwam się do góry już jako lodowy automat:

młotek! czekan!
lewa! prawa!
młotek! czekan!
lewa! prawa!

Powoli staje się jasne, że nie jest to miejsce chwilowego postoju. Wykuwamy umiarkowanie wygodne półeczki i po dwóch, w płachtach, zasiadamy do snu. Noc jest pogodna, ale wietrzna. Ścianą znowu płynie śnieg. Małe podsumowanie przed snem przynosi kilka stwierdzeń, na których możemy oprzeć dalsze egzystowanie w ścianie. Wodny lód będzie naszym towarzyszem do końca, biwaki niewygodne, a pogoda załamuje się we wczesnych godzinach popołudniowych bez zagrożenia lawinami. Cały śnieg natychmiast zjeżdża w dół po lodzie.
Ranek jest pogodny. Nowy dzień zaczynamy w starym rytmie. Póki nie ma wiatru, słychać odgłosy naszej wspinaczki. Czterech ludzi w milczeniu dąży ku górze po zalanej słońcem tafli lodu. Głuche uderzenia czekanów, szybkie oddechy i pokasływanie Renego, który idzie z niewyleczonym bronchitem. Zaczyna być źle z nogami. W czasie krótkich odpoczynków poszukuję pozycji, w której ścięgna mogłyby odpocząć.
Pogoda załamuje się planowo i znowu pniemy się ku górze pod śnieżny prąd. Marzę o wygodnym miejscu biwakowym, a kończy się jak zwykle - nie można znaleźć nic. West Block zajął jedyne jako takie miejsce do siedzenia, Wojtek i ja jeszcze długo znajdujemy się w fazie trawersowania i próbnych wykopów.

Chciałbym to zobaczyć wrażliwym okiem człowieka nieznającego gór, najlepiej w kinie, z dźwiękiem i w kolorze.
Dwaj ludzie na wieczornie niebieskim śniegu, na tle granatowej przepaści, omiatani uderzeniami wichury, szukają czegoś, grzebiąc w wielu miejscach czekanami w śniegu. Niedaleko jarzy się, jak węgle w ognisku, czerwony worek. W środku są ludzie. Ci na zewnątrz chcą się urządzić podobnie, bo nagle wyciągają taki sam worek, rozwieszają go, jeden wchodzi do środka, drugi podaje mu jakieś rzeczy, przez cały czas coś pomrukują i gadają między sobą. Chwilę potem to wygrzebane w śniegu miejsce zawala się. Jeden wisi w worku. Obaj krzyczą, chyba klną, ale przepaść wchłania wszystkie dźwięki. Za chwilę znów są razem na śniegu, ruszając się szybciej, jak zaniepokojone owady.
Ostatecznie spędzamy noc osobno. Wojtek na resztkach półki, ja na trzeciego w drugiej płachcie. Jemy i pijemy mało, późno zasypiamy. Po złym biwaku na siedmiu tysiącach metrów musi nadejść zły dzień. Rano, wyraźnie słabsi, sabotujemy w porannym słońcu zamiar wczesnego wyruszenia, co potwierdza zasadę, że przyjemność we wspinaniu kończy się najpóźniej trzeciego dnia, a często i wcześniej. Wojtek, najbardziej niecierpliwy, pierwszy rusza do góry. Wkrótce ustala się szyk na cały dzień. Zwierz pierwszy, następnie ja, niżej Rene, a na końcu Alex.
Lód w górnej części ściany jest bardziej stromy i jakby twardszy. Wysokość daje się we znaki. Idziemy coraz wolniej, częściej odpoczywając. Ściana, w przeciwieństwie do nas, nie chce jeszcze skończyć zabawy. Wydłuża się, zwleka, wyjściowe skały przesuwają się ku górze, a ostatni odcinek wyraźnie staje dęba, wyzwalając nową jakość bólu ścięgien. Jeszcze dwieście, jeszcze sto metrów. Alex obrywa kęsem lodu w głowę. Potem wymagający koncentracji skalny kominek i jesteśmy w okolicy grani. Koniec wschodniej ściany.
Zakładamy trzeci biwak. Wyżej jest płasko, ale nie daje się tam wytrzymać ze względu na wiatr. Zasiadamy więc znowu na wyrąbanych skąpych półeczkach, osłonięci od zawieruchy wielkim blokiem.
Nazajutrz słońce wschodzi spokojnie. Niestety jeszcze przed wyruszeniem zaczyna się nowy opad. Pierwsze metry połogiego terenu pokazują, jak będzie wyglądał cały ten dzień. Zapadamy się do kolan, a niezbyt strome pola śnieżne czekają tylko na pretekst, aby ruszyć w dół lawiną. Gęstniejący opad rozwiewa ostatnie wątpliwości - trzeba schodzić.
W zejściu ostrzem grani północno-wschodniej jest w miarę bezpiecznie, a kiedy popołudniu docieramy do namiotów na przełęczy, nad uczuciem niedosytu góruje jednak radość ze zrobienia „wschodniej”. Zdołaliśmy przemknąć się z lekkimi plecakami przez dwukilometrowe urwisko. Mały błąd w pobliżu szczeliny przypomina, że gór się nie zwycięża. Można je tylko przechytrzyć, zakpić z grozy, jaką wzbudzają, i wykraść dla siebie kilka chwil różnych od wszystkiego, co było przedtem. Nam się to udało. Jeszcze raz zmusiliśmy wytresowane ciała do spełnienia górskiego kaprysu. Jeszce raz „coś się kończy’:
Po dwóch dniach w bazie, już trochę odkarmieni i wypoczęci, siedzimy przed skromną mesą i naradzamy się. Ktoś z nas mówi, że teraz już tylko musimy wejść normalną drogą na szczyt. Wojciech zrywa się gwałtownie i wyrzuca z siebie mniej więcej coś takiego:
- Panowie! Musimy sobie jasno powiedzieć, że nic nie zrobiliśmy. Trzeba się spakować, jeszcze raz zrobić ścianę i jednym ciągiem wejść na szczyt! To oczywiste!
Odpowiadamy mu śmiechem i ironicznymi prośbami o litość. Zwierz odpuszcza wobec takiej jednomyślności. Za kilka dni w dobrych warunkach wyruszamy z bazy i biwakując na 6400 metrach oraz na 7500 metrach, 18 maja 1980 roku wchodzimy, jako pierwsi Polacy, na Dhaulagiri. >


Opowiadanie pochodzi z książki “Jak dobrze nam zdobywać góry” Ludwika Wilczyńskiego z grafiką Witolda Sas-Nowosielskiego (Wydawnictwo Stapis 2019)

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji