nr. 93
VICTORIA, BC,
Grudzień 2019
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Polskie Delikatesy
w Victorii
zapraszają


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E.Nawrotowski-
Pokój ludziom

dobrej woli

T.Celano -
Szopka

sw. Franciszka

E.Caputa-
Szopka

krakowska

W.Widział-
Wigilia


O tym jak
kruk

legenda eskimoska

A.Odyniec.
Wigilie Mickiewicza


J.Nyka-
Giewont


L.Wilczyński-
Gęsiego
na Dhaulagiri

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 46

Rozmaitości

Indeks autorów

z Mniszkówny przepisala ECK

Trendowata
(wersja odkurzona) cz. 46

Stefcia z początku była trochę sztywna: praktykanci Waldemara przypomnieli jej Prątnickiego i minione przykrości. Ale Wiluś Szeliga, prowadząc ją do obiadu, prędko rozproszył niemiłe wspomnienia. Przy tym ci panowie w niczym osobiście nie mogli przypominać Prątnickiego; mieli bledszą urodę, ale klasyczniejsze obejście i zupełnie zastosowane do towarzystwa. Stefcia z przyjemnością zauważyła, że Waldemar jest z nimi swobodny i wesoły jak z Wilusiem lub Trestką, bez różnicy, co sprawiało, że i oni zwracali się do ordynata z uszanowaniem, lecz bez cienia uniżoności. Stosunek ten prawie przyjacielski pomiędzy zwierzchnikiem i podwładnymi akcentował poglądy Waldemara dalekie od przesądów jego sfery. Stefcia zauważyła jeszcze coś innego, co ją dziwiło i gniewało. Widziała, że jest przedmiotem cichej uwagi całej służby. Począwszy od kamerdynera i łowczego, wszyscy przyglądali się jęj badawczo i z szacunkiem, obsługiwano ją uprzedzająco, a gdy Waldemar wzniósł jej zdrowie, fanfara na trąbach zagrzmiała głośniej, z wyraźnym staraniem. Praktykanci spoglądali na nią jak ludzie dobrze wychowani, bez natarczywości, ale ciekawie, przenosząc wzrok z niej na ordynata. Stefcię to zaniepokoiło, już zaczynała tracić swobodę.
Wyjaśnienie nastąpiło niebawem.
Waldemar, obnosząc wino, podszedł do niej. Odsunęła kieliszek.
- Ja już dziękuję.
Pochylił się nad nią i szepnął z uśmiechem:
- Teraz wzniosę toast na cześć młodości i szczęścia, uosobienia pani. Taki toast wypić trzeba do dna.
- Dobrze, ale nie chcę być uosobieniem nietrzeźwości - rzekła sucho.
- Umie się pani bronić od tego - powiedział porywczo i odszedł ze zmarszczoną brwią.
Wiluś, siedzący obok, rzekł do niej z ciekawą miną:
- Czy pani wie, za kogo ją tu niektórzy biorą w Głębowiczach?
- Za kogo? - spytała zdziwiona.
- Za hrabiankę Barską, domniemaną narzeczoną ordynata.
- Taaak!? ...
Stefcia zesztywniała. Przypomniał jej się tytuł nadany przez kamerdynera w zamku. To tłumaczyło zachowanie się służby...
Przeszedł ją leciuchny dreszcz, ognie uderzyły do głowy.
Powtarzała w myśli: - Hrabianka Barska. ... narzeczona ordynata. Nigdy o niej nie słyszałam. Jaka ona jest? jak wygląda? ...
- Dlaczego pan powiedział „domniemana „? – spytała głośno.
- Bo nie rzeczywista - odrzekł student, wzruszając ramionami. - Chcą ordynata ożenić z Barską, ale on się nie spieszy, chociaż to jedna z najpierwszych partii w kraju. Domniemana narzeczona czeka z upragnieniem, lecz wątpię, czy skutecznie, bo ordynat grymasi.
- A dlaczego mnie biorą za nią? Czy jestem podobna? ...
- Nikt jej w Głębowiczach nie widział, ja również, ale służba zapewne wie coś o projektach matrymonialnych względem ordynata i odgaduje, że pani jest ową wybraną, ponieważ panią widzi po raz pierwszy i ...
Zawahał się.
- I co? - podchwyciła śmiało Stefcia.
Wiluś spojrzał na nią z ukosa.
- Nic! po prostu -przeczuwają w pani przyszłą ordynatową.
Stefcia. zmarszczyła brwi. Zrozumiała, że Wiluś nie dopowiedział swej myśli, że chciał wytknąć zachowanie się ordynata względem niej.
- Muszę ich rozczarować co do siebie -, rzekła oschle.
Było jej przykro. Ukrywała wrażenie, nadrabiając wesołością, ale jej się nie udawało. Rozmawiała, dowcipkowała, lecz już jak zwarzona. Gdyby Wiluś lepiej uważał, spostrzegłby w niej zmianę, wywołaną swymi słowami. Ale on tego nie widział. Bawił Stefcię w czasie obiadu i nie odstępował potem, gdy w łunie zachodu wracali łodziami do zamku.
Długo jeszcze park, oświetlone tarasy i zamek dźwięczały życiem. Przy wspaniałej kolacji, błyszczącej od starożytnych, sreber, kryształów i porcelany saskiej, ponowiły się toasty i szumne fanfary orkiestry. Pyszna stylowa sala jadalna, wyłożona mahoniem, z brązami, z sufitem sklepionym, zdobnym w płaskorzeźby, tonęła w srebrnobieli lamp elektrycznych, rozbrzmiewała gwarem błyskotliwych rozmów; płynęły upajające fony muzyki. Urok tej książęcej wystawności działał na wszystkich, przebiegał prądem we krwi, zapalał mózgi, drażnił, porywał ...
Zegar na wieży zamkowej wydzwaniał północ, gdy powozy i brek wtoczyły się znowu w aleję świerkową. Jechali w takim samym porządku jak rano, bo ordynat odprowadzał gości do Słodkowie, gdzie mieli nocować. Tylko Lucię pani Elzonowska zabrała do powozu, bojąc się dla niej nocnego chłodu. Jej miejsce na breku zajęła panna Michalina.
Hrabianka Paula prowadziła cichą rozmowę z baronem. Panna Rita drażniła Trestkę, mówiąc, że będzie spała. Stefcia siedziała obok ordynata, bo Waldemar tak stanowczo podał jej rękę, że nie mogła na to nie przystać z obawy zwrócenia uwagi.
Gdy brek wjechał w aleję; masy czarnych świerków poruszyły się głuchym poszumem, nocny wiatr wpełznął w zbite korony, hucząc nimi jękliwie. Łoskot ostrych gałęzi przeszedł z brzegu w brzeg, niby groźny pomruk. Stefcia, otulona płaszczem, podniosła głowę do góry, patrząc na oświetlone srebrem czuby grzmiących tytanów. Waldemar nachylił się do niej.
- Moje świerki mówią pani do widzenia – rzekł miękko, lecz z akcentem.
- Groźnie szumią - szepnęła.
- To są moje druhy; a więc i pani także. One do nas przemawiają i ja je rozumiem. Podobały się pani Głębowicze?
- Śliczne!
- Twoje! - wyszeptały bezpamiętne usta jego.
Grzmot kopyt na kamiennym moście zgłuszył ciche słowa i realnym swym dźwiękiem ocucił Stefcię, której serce na chwilę zamarło. >

CDN.

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji